czwartek, 20 listopada 2014

Bombki w stylu retro

Pamiętam, jak będąc dzieckiem z radością wyjmowałam z przyniesionych przez dziadka pudełek stareńkie cacka i pomagałam babci dekorować nimi choinkę.  Kilka tych bombek z sentymentem wieszam teraz na swojej choince. Mam nadzieję, że kiedyś trafią do domów moich dzieci.  Ponieważ w ostatnich tygodniach oglądam na Waszych blogach i w czasopismach wnętrzarskich rożne ręcznie wykonywane w stylu retro ozdoby, postanowiłam i ja dać się ponieść nostalgicznym klimatom.


Duża bombka-medalion ze szkła dmuchanego została ozdobiona serwetkowym motywem rudzików. Ponieważ od ponad roku do większości swoich drobnych prac używam kleju Elmers Glue, postanowiłam wykorzystać go również do zrobienia na bombce dekoracyjnych spękań.   Wystarczy pomalować klejem wyschniętą serwetkę, a następnie gdy klej podeschnie, użyć grubszej warstwy farby wodorozcieńczalnej - spękania pojawiają się same. Wykorzystałam na tył bombki dwie warstwy resztek farby kredowej (zmieszałam szarą i białą). Następnie zawoskowałam bezbarwnym woskiem i wtarłam wosk złoty Byta-yta.
Lubię z nim pracować bo można go równocześnie wcisnąć w szczeliny a na płaskiej powierzchni  rozetrzeć tak mocno, że będzie widoczny tylko jako mieniąca się poświata. Na granicy pomiędzy pomalowaną a przezroczystą częścią bombki nakleiłam zdobioną złotym szlaczkiem wstążeczkę.


Tu "retro" jest nie tylko naklejona dekoracja, ale i szkło, które ma mnóstwo nierówności. Tył bez spękań, za to patynowany ciemnym woskiem i odrobiną złota.


Zawieszki powstały z potrzeby chwili, w przeddzień kiermaszu Mojego Mieszkania w Pałacu Prymasowskim. Bazą jest formatka z mdf, malowana farbami kredowymi. Tył jednolity, w kolorze mocno rozbielonego różu, przód z serwetkowym motywem. Nie lakierowałam na błysk. Wyszłam z założenia, że retro to retro i nowością błyszczeć nie musi, więc potraktowałam ozdoby woskiem patynującym.  Na zdjęciu z aniołkami widać jak zmieniła się barwa i charakter ozdoby po użyciu wosku. Po lewej widać aniołka w wersji przed, po prawej w wersji po użyciu wosku. Brzegi ozdób pociągnęłam złotym woskiem.


Te cztery serducha znalazły swojego nabywcę od ręki.  Transfer nitro na farbę kredową sprawdził się jak zawsze :)  Tym razem jednak użyłam ultramatowego werniksu do zabezpieczenia wzoru.

Dekoracje (z wyjątkiem serc z transferami) są "do wzięcia od ręki" - zainteresowanych proszę o maila. Mogę również wykonać na zamówienie podobne dekoracje z innymi wzorami.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Meble, które straszą :)

Zdarzyło się Wam kiedyś w pośpiechu czegoś nie domalować, nie dokręcić albo krzywo zszyć?  Wpadki zdarzają się chyba raz na jakiś czas każdemu, a ja chcę dziś pokazać kilka "wypadków przy pracy"  jakie mogą się przytrafić podczas malowania mebli. Część z nich to moje gapiostwo, reszta to ciekawe przypadki z prowadzonych przeze mnie warsztatów.  Gotowi? To ruszamy na spotkanie ze straszącymi meblami.

1.Gałka

Nie dość że farba kredowa na gałce nie została nawoskowana (lub zalakierowana) to na dodatek gałka przed malowaniem nie była oczyszczona z rdzy. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie rdzawe kropki. Jeśli nie chcecie takiego efektu (rdza wyjdzie także pod woskiem) trzeba metalowy element najpierw wyczyścić i zabezpieczyć przed dalszym rdzewieniem.

2.  Brudne czy nawoskowane?



Jeśli decydujesz się na patynowanie mebla woskiem rustykalnym, to konsekwentnie wetrzyj wosk w mebel i ew. nadmiar zetrzyj ściereczką. Imitacja zabrudzeń jakie gromadziły się na meblu od wieków to nie to samo co niechlujne maźnięcie!

3. Pokaż kotku co masz w środku


Drzwiczki szafki zostały pomalowane i zawoskowane w stanie lekkiego uchylenia. Po otwarciu na całą szerokość widać, że został podczas malowania pominięty fragment drzwiczek.

4.  Niechciane spękania

 

W przeciwieństwie do sytuacji, kiedy chcemy zrobić artystyczne spękania, sytuacja w której farba samoistnie nam pęka i odpada jest  zwykle stresująca. Na zdjęciu powyżej doskonały przykład na to, że odtłuszczenie powierzchni i lekkie zmatowienie za pomocą papieru ściernego pozwala uniknąć stresu i podwójnej pracy.

5. Ups, coś się ubrudziło


Uchwyty, gałki, klamki itp. elementy najlepiej jest zdjąć przed rozpoczęciem malowania (nawet jeśli te elementy też chcemy pomalować).  Jeśli nie da się ich zdemontować, warto sięgnąć po taśmę malarską. Oklejamy również np. szybki albo dekoracyjne elementy, których nie chcemy malować.

wtorek, 4 listopada 2014

Czternaście niezwykłych sukien ślubnych z dawnych lat

Dzień ślubu to dla panny młodej niezwykła okazja by olśnić gości swoim wyglądem i pozostawić w ich pamięci niezatarte wrażenie. Tak jest dziś i tak było również dawniej. Jeśli pozwolicie zabiorę Was na krótką chwilę w świat eleganckich sukni ślubnych z lat 1760 – 1940, tworzących cudowną wystawę Rijksmuseum w Amsterdamie. Przekonacie się, że dobór sukni był nie tylko sprawą indywidualnego gustu panny młodej, ale także ukłonem w stronę tradycji i etykiety.
 
W osiemnastym wieku panny młode nosiły sunie w jasnych odcieniach niebieskiego, żółtego i różowego lub z modnych tkanin w haftowane wzory. Tylko panny młode z królewskiego rodu nosiły biały strój Na zdjęciu poniżej widzicie jedwabną, wyszywaną suknię z falbankami(ok. 1760 r).  

 
Kolejna sukienka pochodzi z 1822 roku. Wysoka talia, dekolt, bufiaste rękawy, spódnica i długość do kostki są typowe dlatego okresu. Jedwabna tkanina ma modny, delikatnie rozrzucony wzór.
 
W 1835r. wzięli ślub Baronowa Nine van Slingelandt i Jonkheer Pieter Teding van Berkhout. Panna młoda wybrała dla siebie suknię z jedwabiu z motywami floralnymi, naśladującymi koronkę.  Sukni dodawały szyku duże, bufiaste rękawy.


 
Zauważcie jak wąską talię ma gorset tej sukni z 1891r. Seraphine Asscher miała w pasie 58 cm i była bardzo bliska ówczesnego  ideału piękna, wedle którego kobieta powinna mieć talię dającą się objąć dwiema męskim dłońmi.  Zgodnie z tradycją  krawcowa wykonała dla młodej żydowskiej oblubienicy skromny strój, ale dodała modne drapowane falbanki.
 
Po tysiąc osiemset dwudziestym roku większość sukien ślubnych była biała, ten czarny strój weselny może więc być dla wielu osób zaskakujący. Panna młoda (Sophia Barbara Thonwahrt of Mannheim) w 1855 r. miała sukienkę wykonaną przez Wilhelmine Wildermann, szwaczkę, która był właścicielką sklepu na jednej z dobrze znanych, głównych ulic Karlsruhe (Badenia-Wirtembergia). Co prawda krój sukni ślubnych w tym niemieckim kraju związkowym zawsze pozostawał w zgodzie z modą, jednak kolor był inny, ponieważ tradycyjnie tamtejsze kobiety nosiły czarne suknie do kościoła. Na szczęście mogły rozjaśnić swój strój białymi dodatkami takim jak rękawiczki, wachlarz czy bukiet ślubny.
 
Akcesoria i dodatki ślubne również są częścią wystawianej kolekcji.  W gablotach można podziwiać zachwycające wachlarze, koronkowy welon, buty, torebki i rękawiczki. Te ostatnie chyba jeszcze przez dłuższy czas będą obiektem moich westchnień. Zresztą oceńcie samodzielnie:



 
I na koniec, jeśli udało się Wam wytrwać w czytaniu tego posta kilka kolejnych ślubnych strojów.



piątek, 31 października 2014

Wieczór w pomarańczowm kolorze


Jutro Dzień Wszystkich Świętych, który spędzimy z naszą rodziną. Będzie zaduma i wspomnienia o tych, których już z nami nie ma. Ale dzisiaj na prośbę młodszych córek mamy dyniowo-pomarańczowy, zdecydowanie optymistyczny wieczór. Dyniowe lampiony świecą przed domem już od kilku dni :)





piątek, 24 października 2014

Ogrzewamy się kolorem!

Moja córka Ola uwielbia kolor pomarańczowy. Zarówno w ubiorze, jak i na przedmiotach codziennego użytku i dekoracjach wnętrz. Muszę przyznać, że przy obecnej, jesiennej aurze jest to całkiem niegłupi pomysł - dogrzewać się kolorem!



Kolor pomarańczowy jest opisywanym jako symbol spontaniczności, optymistycznego podejścia do życia i entuzjazmu. Podobno motywuje do działania i podnosi poczucie własnej wartości.  Często stosują go obiekty gastronomiczne, bo ...pobudza apetyt :)  U Oli zdecydowanie pobudza apetyt na życie! 


Na fotkach widzicie typową "pięciominutową metamorfozę". Znalazłam drewniane pudełko po czekoladowym batonie i zmieniałam je w pomarańczowe pudełko na drobiazgi. Brzegi przetarłam w stylu shabby, dodałam też kilka przetrać na bokach i wieczku. Myślę, że się córcia ucieszy.

 A Wam zrobiło się choć troszkę cieplej od patrzenia na pomarańczowe dekoracje?

środa, 15 października 2014

Stołek po metamorfozie

W zasadzie nic mu nie dolegało. Nic poza tym, że był ... nudny.
Przyjrzała się mu uważniej i doszłam do wniosku, że dobrze mu będzie w bardziej loftowym czy industrialnym klimacie. Rozprawienie się z lakierem okazało się dziecinie proste (swoją drogą czym oni te meble lakierują, skoro tak łatwo schodzi?).  Nóżki pomalowałam czarną farbą i zawoskowałam czarnym woskiem. Siedzisko po przetarciu papierem ściernym i naniesieniu transferu za pomocą nitro zawoskowałam na brązowo. Jak się Wam podoba?

niedziela, 12 października 2014

Postarzany kwietnik

Mój łup z targu staroci w Opolu. Teraz w jasnoszarym kolorze, z przecierkami.


Pierwotnie wyglądał tak jak na zdjęciu poniżej. Powiedziałabym "klasyka kwietnika" :)


Drewno było w dobrej kondycji, lakier niestety nie. Poprzednia właścicielka nie miała koncepcji co można z nim zrobić, odsprzedała mi go bez większego żalu. Szlifowanie poszło gładko, wystarczyło lekko przeciągnąć papierem ściernym i cały lakier osypywał się.


Pod lakierem była bejca wodna, o czym łatwo było przekonać się przecierając przeszlifowaną powierzchnię wilgotną szmatką. Czerwony barwnik z bejcy od razu zabarwiał szmatkę. W takiej sytuacji przed właściwym malowaniem trzeba było najpierw pomalować mebel roztworem szelaku. Ja zastosowałam primer szelakowy Allback, który nie zawiera alkoholu, ale można do tego użyć także spirytusowego roztworu szelaku (takiego jak do politurowania) lub tzw. lakierów szelakowych.  Zapobiega to wydostaniu się barwnika z mebla po pomalowaniu i powstawaniu różowych plam.  W przypadku malowania farbami do stylizacji mebli często zdarza się plamy wychodzą dopiero na etapie woskowania, doprowadzając malującego do rozpaczy. Nie pamiętam na którym z blogów widziałam bieliźniarkę, która po pomalowaniu na biało całkowicie się zaróżowiła. Przykra niespodzianka! Wolałam tego uniknąć.

 

Do pomalowania kwietnika użyłam farb Byta-yta mieszając resztkę białej farby z odrobiną szarej.  Ponieważ kwietnik miał dobrze zarysowaną strukturę drewna i mocno widoczne słoje, które chciałam podkreślić, zastosowałam tylko jedną warstwę farby.  Przetarłam nóżkę delikatnie szmatką zanim jeszcze wyschła.


Do woskowania użyłam wosku "Patyna" Byta-yta. Działa i wygląda zupełnie inaczej niż  wosk rustykalny Annie Sloan lub Autentico. Jest mocno transparentny, z osadzającym się w zagłębieniach mebla barwnikiem w "brudnym", szaro-czarnym kolorze. Po wosku rustykalnym pozostaje  we wgłębieniach kolor, kojarzący mi się bardziej z sepią. Na zdjęciach w tym poście widać  porównanie kolorów wosków  postarzających na kwietniku i fotelu.


Kolejna różnica jest taka, że wosk rustykalny stosuje się po wcześniejszym woskowaniu przezroczystym woskiem, dzięki czemu ma się kontrolę nad stopniem osiągniętego przyciemnienia. Przy szwedzkiej "Patynie"  nie ma potrzeby wcześniejszego woskowania jasnym lub przezroczystym woskiem. Kontrolę przyciemnienia osiąga się przez mocniejsze lub lżejsze dociśnięcie gąbki z woskiem do powierzchni. Proste i intuicyjne!


Fakt, że wosk "patyna" schnie dużo dłużej niż woski rustykalne z jednej strony jest  minusem, bo trzeba z użytkowaniem mebla odczekać do następnego dnia, ale z drugiej strony ma tez plus - nie trzeba się spieszyć z rozcieraniem i można łatwo poprawić miejsca gdzie coś nie wyszło tak jak bym chciała.  Efekt mi się podoba. Faktycznie wygląda jak przybrudzone przez wiele lat użytkowania. Bardzo się również cieszę, że mogę  używać różnych wosków, pochodzących od różnych producentów i osiągać dzięki temu całą gamę ciekawych efektów.


P.S. Na prośbę kilku czytelników bloga zarówno w tym poście jak i w kilku poprzednich zamieszczam zdjęcia bez zmniejszania, tak aby można było po kliknięciu w nie zobaczyć lepiej opisane w poście problemy i  osiągnięte efekty. 

czwartek, 9 października 2014

Altanka po remoncie

Aż trudno uwierzyć, że cieszyliśmy się nią niewiele ponad dwa lata. Zarówno stawiający ją stolarz jak i panowie układający na niej daszek z bitumicznego gontu  i montujący rynny zapewniali nas, że "będziemy zadowoleni". No i byliśmy. Dopóki daszek nie zaczął przeciekać, a z drewna nie zaczął płatami schodzić impregnat.


Szczególnie żal nam było słupów, które zrobiliśmy z dębowych konarów. Wystawione na słońce szybko straciły ochronną warstwę. Odchodzącą warstwę ochronna widać choćby na tej belce:



W sierpniu, korzystając z dobrej pogody zabraliśmy się za remont. Najpierw zdarliśmy z dachu cały gont.



 Potem zafundowaliśmy altance gruntowne mycie. W miejscach nasłonecznionych resztki impregnatu zeszły prawie całkowicie.





Drewniane słupy a także konstrukcja dachu została  zaolejowana.  Drewno odwdzięczyło się pięknym, naturalnym kolorem. Olejowanie słupów powtórzyłam po kilku dniach. To naturalne drewno z mnóstwem pęknięć i szpar, zależało mi więc na tym, aby olej wniknął jak najdalej w głąb.


Na belkach dachu w niektórych miejscach widać było plamy żywicy, jaka wyciekła z sęków i pęknięć. Niestety, na etapie budowy altanki nie miałam pojęcia o tym, że można temu zapobiec stosując primer szelkowy Allback, Teraz zawczasu takim efektom zapobiegam.


 Na dach poszła papa. W przyszłości planujemy ponowne położenie tam gontu imitującego dachówki. Niestety, w tych miejscach gdzie pozostały na belkach resztki impregnatu drewno ma nieco gorszy wygląd niż na tych, które dały się domyć całkowicie (na nich olej wydobył całe piękno naturalnych barw). No cóż, człowiek uczy się na błędach.





Teraz wreszcie będziemy mogli zabrać się za zrobienie porządnych  mebli do altanki, bo do tej pory skutecznie nas odstraszało zalewnie wodą przy każdej większej ulewie.