środa, 24 sierpnia 2016

Nowe (lepsze) życie skrzyni

Ci, którzy śledzą uważnie mojego bloga nie raz już natknęli się na fotkę skrzyni, jaka stała na moim tarasie. Stareńka, mocno nadgryziona zębem czasu. Czekała cierpliwie na swoją kolej do renowacji.





Przywieźliśmy ją od moich teściów, a skąd oni ją wyciągnęli nie mam pojęcia. Najpierw odstała swoje na ich ogrodzie, potem drugie tyle na naszym tarasie. W ubiegłym roku postanowiliśmy zabrać się wreszcie za zrobienie z nią porządku. Zaczęliśmy od porządnego mycia.




Potem suszenie. Rety, właśnie sobie pomyślałam że to prawie jak u fryzjera. Zwłaszcza że potem poszła w ruch odżywka czyli olej. Ale wróćmy do suszenia...



Pierwotnie skrzynia była łączona bez użycia gwoździ czy innych metalowych elementów. Z biegiem czasu (i kolejnymi zmianami właścicieli) parę gwoździ jej przybyło. Pozbyliśmy się ich bez żalu, a skrzynię po rozebraniu na części ponownie poskładaliśmy posiłkując się klejem oraz drewnianymi klinami i kołkami.





Niektóre miejsca wymagały dodatkowej pracy. Trzeba było m.in. załatać dziury.


Wstawki z nowego drewna trafiły w kilka najbardziej zniszczonych miejsc. Gotowa, sklejona i załatana skrzynia została przeszlifowana do gładkości i zaolejowana.



Drewno odżyło, nabrało koloru i charakteru. Słoje pięknie się uwidoczniły. Bardzo lubię ten efekt. W takiej postaci trafiła na nasze wiejskie siedlisko, służąc za pojemnik na pościel.  Wyglądała ładnie, ale cały czas mnie korciło, żeby jeszcze ją trochę "podrasować".  Zrobiłam to w czasie tegorocznego urlopu. Przetarłam skrzynię z zewnątrz zielonym woskiem Byta-yta. Teraz wygląda tak:




wtorek, 9 sierpnia 2016

Szare i niebieskie

Obiecałam pokazać co nam się podczas urlopu udało zmalować. Czerwony stołeczek, różowe krzesło i deska z adresem to nie koniec.  Wszystko co nie uciekało wystarczająco szybko miało szansę zostać przemalowane.  Na przykład kuchenny stołeczek mojej babci. Pamiętam go jeszcze z czasów dzieciństwa, zawsze pomalowany nieskazitelnie białą farbą. Po latach było jej z tuzin warstw.  Na pewnym etapie życie stołeczka zyskał nawet na górze nową okleinę w żółte kwiatki. Ola pracowicie obskrobała nóżki z łuszczącej się farby i przemalowała całość farbą kredową.


Maja przechwyciła resztkę farby i pomalowała glinianą donicę.

 

W kolejce czekają następne donice, dwie szafy, komódka i parę innych drobiazgów. 

wtorek, 26 lipca 2016

Praca zespołowa – różowe krzesełko




Jak poprzednio zapowiadałam pokazuję kolejną przeróbkę meblową w wykonaniu moich córek. Na siedlisku zebrało nam się sporo przedmiotów potrzebujących pilnej pomocy i wypad na wiejski urlop był okazją do kilku spektakularnych metamorfoz.  Tym razem praca zespołowa: Ania i Maja malowanie, Ola woskowania, a ja na koniec dekorek z szablonu. Krzesełko to pozostałość po naszych poprzednikach, zostawione na zasadzie „ a nich se nowi wyrzucają, po co się nam trudzić”. I dobrze, bo wygląda na to, że jeszcze nam trochę posłuży.


Drewno było w całkiem dobrej kondycji, rozchwianie zniknęło po dokręceniu śrubek, drobne ubytki forniru postanowiliśmy zostawić w spokoju bo krzesełko ma pozostać „wiejskim gratem”.  Po zmatowieniu resztek lakieru papierem ściernym  dziewczyny pokryły mebel resztką farby kredowej w kolorze różowym.


Potem drobne poprawki malowania i wosk bezbarwny.


Wielbicieli różu nie ma u nas zbyt wielu, więc stonowałyśmy krzesełko białym woskiem, wcierając go nierównomiernie.  Pojaśniało i nabrało bardziej wiejskiego charakteru.  Wzorek z szablonu zrobiłam woskiem Amazona Islandica.  



I tak zamiast wyrzucać, przygarnęłyśmy krzesełko. Drugie, bardzo podobne czeka na swoją kolej.  

poniedziałek, 18 lipca 2016

Deseczki z odzysku

Co można zrobić z odpadowych deseczek?  Podpałkę do kominka albo różne dekoracyjne drobiazgi. U nas zwykle zwycięża ta druga opcja :)


Surowe deski zwykle szlifujemy zanim coś z nich powstanie, ale takie zupełnie surowe i nieobrobione też mają swój urok. Po delikatnym przetarciu papierem ściernym (żeby drzazgi z nich nie wychodziły) używam ich do robienia różnego rodzaju tabliczek. To 100% odzysku, bo i farby zwykle do takich małych przeróbek pochodzą z resztek po malowaniu większych przedmiotów. W przypadku tej deseczki wykorzystałam resztki farby kredowej. Dwie warstwy farby przykryły deseczkę, ale nie wyrównały powierzchni. Dzięki temu po zawoskowaniu przezroczystym woskiem można było wetrzeć w zagłębienia ciemny wosk. Powstał efekt "zabrudzenia", jakby deska walała się w jakiejś piwnicy całymi latami.  I o to chodziło!




Teraz na desce można wyczarować dowolny napis, relief czy motyw z szablonu. Na mojej naniosłam woskiem numer domu. Zamontujemy go na płocie, żeby listonosz łatwiej trafiał.


sobota, 16 lipca 2016

Ceglastoczerwony stołek, czyli dziecię maluje meble

Mam niesamowite szczęście, że cała moja rodzina ma smykałkę do majsterkowania, malowania, lepienia z gliny i innych artystycznych zajęć.  Lubimy coś robić, dłubać, zmieniać i ulepszać.  Jadąc na kilka dni na nasze wiejskie siedlisko zabrałam ze sobą zapas różnych farb, wosków, szablonów, modelinę, pasty strukturalne i co tylko wpadło mi w ręce, a mogłoby się przydać. W końcu nigdy nie wiadomo kogo wena twórcza najdzie i co mu w ręce wpadnie (stara deska, obity garnek?).  Pokażę w kolejnych postach co komu w duszy zagrało i jak się zmieniały zwykłe przedmioty codziennego użytku. Zaczynam od zwykłego, prostego stołeczka z drewna, znalezionego na stryszku. Moja najmłodsza córka postanowiła nadać mu nieco koloru.


Dlaczego akurat czerwony? Bo łatwo zauważyć go w trawie :)
Całkiem logiczne rozumowanie. Michał skręcił go tak, by przestał się kiwać, Maja położyła dwie warstwy farby i matowy werniks. Jestem dumna jak paw, bo niczego nie trzeba było poprawiać - każda warstwa była równiuteńka, cienko rozprowadzona i bez zacieków. Zuch dziewczyna!




Stołeczek z grata stał się ozdobą i przyciąga oko, gdziekolwiek się go postawi. Jest też bardzo praktyczny i dziewczynki chętnie z niego korzystają np. zbierając porzeczki czy jak Ania na zdjęciu poniżej obskubując rumianek (na zimowe herbatki).


środa, 15 czerwca 2016

Nadmorskie klimaty - malowane boje

Wspominałam już, że fajnie jest mieć zdolnych przyjaciół? Zapewne wielokrotnie :) 
Dziś kolejny przykład na to, że marzenia są do spełnienia, trzeba tylko wiedzieć kto może nam w tym pomóc. Wymarzyłam sobie nadmorski klimat w mojej ogrodowej altance. A w tym stylu miała pojawić się specyficzna dekoracja -  malowane boje. Tak mi weszły "w obrazek" że nie byłam w stanie o nich zapomnieć.  Poprosiłam więc o pomoc Sabinę ze Śmietankowego Domu



Takiego zlecenia Sabina jeszcze nie robiła, ale podjęła wyzwanie. Obie zastanawiałyśmy się jak to finalnie wyjdzie. Zależało mi by boje były dość duże i solidne. Efekt końcowy mnie zachwycił! 
Boje wyglądają jak pożyczone z portowego nabrzeża. Przykuwają uwagę i doskonale wpisują się w zamierzony wakacyjny styl.


Siedziska w altanie  zrobiliśmy z pobielonych skrzynek na jabłka, na których przybiliśmy deski z odzysku i położyliśmy poduszki z motywem kotwicy. Stara beczka stała się podręcznym stolikiem. Do tego kilka stylizowanych dekoracyjnych dodatków, również z recyclingu.




Dziękuję Ci bardzo Sabinko! Boje wędrują od czasu do czasu w inne zakątki ogrodu, bo wszędzie wyglądają doskonale:



Dekoracje są pomalowane farbami olejnymi Allback, dzięki czemu nie będę ich musiała chować na zimę w garażu. Kolor na górze to Midnight Blue, pośrodku White, na dole Brick Red.  Tym samym granatowym kolorem pomalowałam w ubiegłym roku stolik ogrodowy, koszyk z rączkami i drewnianą skrzynkę na sztućce grillowe.  Coś mi się widzi, że w tym sezonie też parę ozdób ogrodowych zmieni dotychczasową barwę :) 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Mięta i spółka

Wiecie co najbardziej lubię w swojej pracy? Spotkania z ludźmi!
Wielu moich klientów ma ciekawe hobby, niezwykłe zainteresowania, albo umiejętności. Często nasze kontakty nie urywają się zaraz po zakupie albo po warsztatach - dostaję zdjęcia odnowionych przedmiotów i odmalowanych pokoi albo zaproszenia do osobistego sprawdzenia jak wygląda efekt finalny. Dzisiaj pokażę i opowiem jak Dorota i Konrad stworzyli niezwykłe miejsce - Pizzerię "Mięta" w Izabelinie.



Do "Mięty", wstyd się przyznać wpadłam dopiero rok po jej otwarciu.  Jakoś mi ciągle nie po drodze było. W końcu kiedy mój mąż zapytał gdzie się wybierzemy uczcić rocznicę ślubu pomyślałam "raz kozie mięta" i  spacerkiem przez las wybraliśmy się  na drinka i pizzę. Przez całą drogę zastanawiałam się czy właścicielom udało się stworzyć ciepły klimat rodzinnej restauracji o którym marzyli wybierając farby i woski w moim sklepie. Czy czują się spełnieni serwując gościom przysmaki, jakimi wcześniej raczyła się rodzina i przyjaciele?  Pamiętałam doskonale opowieści o pizzy z gruszką i innych pysznościach, które miały wejść do menu.  I przyznam szczerze, że troszkę się obawiałam czy po ponad roku pierwszy zapał nie opadł.  Niepotrzebnie!




 





Wnętrze urządzone w spokojnych, jasnych kolorach, proste meble, urokliwe dodatki i opalany drewnem piec tworzą niezwykłą atmosferę. "Mięta" cudownie pachnie i to nie tylko miętą! Dorota i Konrad dokładają wszelkich starań aby dobrze nakarmić wszystkie wpadające tu głodomory. Trzeba przyznać, że każda pizza, której próbowałam była wspaniała. Można zostać pizzoholikiem!

A przecież oprócz pizzy są tu inne pyszne dania, doskonałe zupy i desery.

Restauracja ma stałych bywalców, a nowych klientów wciąż przybywa. Przed wizytą w "Mięcie" dobrze jest zarezerwować sobie stolik by mieć pewność, że nie obejdziecie się smakiem.








No dobrze, ale do czego posłużyły nasze produkty? Farbami pomalowano deski zdobiące ściany restauracji. Kombinacja bieli, szarości i turkusowych akcentów doskonale współgra zarówno z prostymi, nowoczesnymi stolikami w industrialnym stylu jak i przytulnym zielonym fotelem-uszakiem.  Deski stanowiące oparcie ławki rozbielono woskiem. Delikatnie, tak by nabrały barwy ale nie straciły charakteru. Podoba się Wam? Mnie bardzo!